" Widziałem góry większe, wspanialsze i bardziej majestatyczne. W góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę-Stanisław Zieliński "

Sofcik-lajcik

Na ten wyjazd długo czekałem. Nie tylko ja. Dołączył Sławek i Szymon. Późną nocą wskoczyliśmy do auta, maseczki na twarz i w drogę, póki granice otwarte.

Na przejściu polsko-słowackim jeszcze ciemno, całkiem pusto, zupełnie nierealnie. Dojechaliśmy do Tatrzańskiej Łomnicy zbyt wcześnie. Do świtu zostały 3 godziny. Co robić? Zarządziłem samochodową drzemkę.

Kolejka górska w remoncie, a liczyłem że urwę cenną godzinę w ten sposób. Ruszyliśmy ostro z buta i na Hrebieniok wbiegliśmy w 30 min. Niebo się przetarło, słoneczko zbudziło. Jesień w górach, taka z tych najmilszych.

Dziś planujemy ambitną trasę przez Chatę Teryho, Czerwoną Ławkę aż do Zbójnickiej Chaty, hen za piętrzącym się w oddali grzbietem. Pytanie tylko, na jakie warunki trafimy w wysokich górach?

Śniadanie zjedliśmy w Schronisku Zamkovskiego. Tu już mgliście i wilgotno. Ponad linią lasu przywitał nas pierwszy śnieg. Ściany po obu stronach doliny srebrzą się z zimna. Na szlaku pusto. Z każdym krokiem mgła pochłania nas bardziej. Już nic nie widać, a przecież przy dobrej pogodzie przed nami wielki, skalny mur z małym schroniskiem, tuż pod niebem. Dolina powoli się zwęża, piętrzy i pręży. Teren lawiniasty, usłany ogromnym kamieniem. Jeszcze nie zakładamy raków, jeszcze czekany przyczepione do plecaków. Wyżej już tylko zima. Zima w środku jesieni.

Moje tempo znacznie spadło. Może jagodowe knedliki nie były najlepszym pomysłem? Kamraci z większą werwą pieli się w górę. Do schroniska doszliśmy równie zasapani.

Za plecami skalna wieża a na niej tatrzańska kozica pod śnieżną kołderką. Samotny strażnik doliny Małej Zimnej Wody.

Czas nieubłaganie goni, dzień krótki, trasa jeszcze długa przed nami. Nie wchodzimy do Teryho. Zakładamy kaski i raki. Jeszcze tylko czekany w dłoń, no i w drogę. Prowadzę przez teren teoretycznie mi znany. Zimową porą wszystko jednak wygląda inaczej. Po chwili łapiemy dobry kierunek i mozolnie zdobywamy wysokość. Na małym wypłaszczeniu pierwsi turyści. Robią właśnie odwrót. Późno, śnieg głęboki, szlaku nie widać.

W naszej grupie demokracja. Albo brniemy w trudny eksponowany teren, albo wielogodzinny powrót do auta. Jednogłośnie decydujemy, że idziemy dalej. Labirynt głazów sprawnie pokonaliśmy i robi się naprawdę stromo. Oceniamy sytuację w żlebie. Śnieg raczej nie lawiniasty. Po prawej teoretycznie ferrata. Łańcuchów nie widać pod lodem i śniegiem. Idziemy więc centralnie w górę. W połowie ściany, przed kolejnym spiętrzeniem, podejmujemy decyzję o założeniu uprzęży. Wyciągamy linę. Teraz to już nie przelewki. Przed nami lód, pod nami lufa, a czas ucieka.

Szymon zalicza alpinistyczny test na piątkę. Zakłada autoasekurację tuż pod przełęczą. Na prusikach sprawnie przeskakuje Sławek. JA w tym czasie przemarzłem do kości. Ciało odmawia posłuszeństwa. Słowa grzęzną w gardle. Zeszło mi trochę na tych węzłach. Lata nie te, waga nie ta. Mróz po zbóju.

Zwinęliśmy linę i hop na drugą stronę grani. Tu na szczęście krótki fragment po wystających łańcuchach. Pozostaje mozolna wędrówka przez księżycowy teren. Sławek prowadzi szukając szlaku. Dzień się kończy.

Sami w tych górach jesteśmy.

Niesamowicie pięknie, przeraźliwie pusto.

Cisza.

Mróz nie puszcza. Ciemno się zrobiło. Latarki czas zapalać. Wiemy gdzie iść, świateł schroniska jednak nie widać. Siada psycha. Pierwsze myśli o biwaku w śniegu.

Czas na odrobinę racjonalnego myślenia. Ślady muszą prowadzić do schroniska. Nic innego tu nie ma. Za schroniskiem dopiero zejście w dolinę. Minąć więc chaty nie sposób. Wyłoniła się z ciemności dopiero kilkadziesiąt kroków od niej. Zamiast świecić jak latarnia morska, schowała się cała przed światem.

Serce ciągnęło do ciepła. Głowa każe zdjąć raki, ogarnąć się ze śniegu. Wykończeni, ale zadowoleni, wgramoliliśmy się do schroniska. Ciepła herbata, gorąca zupa i na koniec mocna śliwowica. Mniam i dobranoc.

Rano obudziło nas mocne słońce i iście alpejskie widoki. Szybkie śniadanie, potem sesja fotograficzna. Słońca po chwili zabrakło, zrobiło się szaro i zimno. W górę nawet spory ruch. My już tylko w dół. Łapiemy każdy widok, staramy się zapisać go w pamięci. Dolina z wolna się wypłaszcza, Zima w jesień na powrót się przemienia.

Sławka pewnie nie znacie. Uparty chłop z Niego. Szybkie morsowanie zalicza. Nas telepie z zimna od samego patrzenia. Potem Hrebieniok, małe skróty i do auta.

Cisza, pustka zamieniła się w turystyczny zgiełk. To nie nasza bajka.

Na koniec kawa i ciacho w nagrodę za weekendowy trud. Szybko zleciało. Zachwyty mieszały się z potem i odrobiną strachu. Wszystko jednak pod pełną kontrolą. Taki tam tatrzański sofcik-lajcik w doborowym towarzystwie.

YOU MIGHT ALSO LIKE

0 Comments

  • VINO marki Milo – Rewild.pl

    […] ostatniego wypadu w Tatry ( TU ), przedzierając się przez labirynt głazów w kopnym śniegu, rakami przeciąłem materiał […]

    11 stycznia, 2021 - 11:21 am Reply

Leave A Comment

Your email address will not be published.